ROZDZIAŁ PIERWSZY — ZATOKA
Bunkier zarządzania kryzysowego Tokio tonął w półmroku. Jedynym źródłem światła były rzędy terminali i ogromny ekran na ścianie, na którym pulsował obraz satelitarny zatoki Osaki. Premier Abe siedział przy niewielkim metalowym stole, dłonie miał splecione, ale drżały mu palce. Wokół niego stali minister obrony, minister technologii, minister spraw wewnętrznych, Pan X oraz kilku pracowników kancelarii. Za pancerną szybą kłębiła się prasa i członkowie rządu, którzy nie mieli dostępu do operacyjnych danych.
Na ekranie satelity Osaka 21 wyglądała jak samotna iglica wyrastająca z tafli wody. Cisza w bunkrze była tak gęsta, że każdy oddech brzmiał jak szelest papieru.
— Kontakt — powiedział oficer przy terminalu. — Obiekt wynurza się… potwierdzam, start rakiet z powierzchni zatoki.
Premier poderwał się jak rażony prądem. W jego oczach błysnęło coś niepokojącego — ekscytacja, której nikt nie chciał widzieć.
— No… zaczyna się — wyszeptał.
Rakiety wzniosły się w górę, zostawiając za sobą spiralne smugi. Zanim dotarły do brzegu, ekran rozbłysnął serią białych punktów.
— Co to ma być?! — wrzasnął Abe.
Minister obrony pochylił się nad bocznym terminalem, spokojny jak chirurg w trakcie rutynowej operacji.
— To stary system obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej — powiedział. — Wycofaliśmy go ponad dwadzieścia lat temu. Ktoś go jednak utrzymywał w gotowości.
Premier opadł na krzesło, jakby ktoś wyciągnął z niego powietrze.
— Cholerny Nakamura… — mruknął. — Myśli, że myśli o wszystkim.
Na powierzchni wody pojawiły się nowe punkty — szybko poruszające się, w równym szyku.
— Łodzie desantowe — zameldował oficer monitorujący zatokę. — Sześć jednostek, około trzydziestu sześciu ludzi. Wygląda na to, że mają motocykle, ale jeszcze to potwierdzam.
W bunkrze zapadła cisza. Wszyscy patrzyli, jak wróg zbliża się do nabrzeża.
— Ile mają do celu? — zapytał Pan X.
Minister obrony skrzywił się.
— Jeśli celem jest Osaka 21… czterysta metrów.
— A nasze oddziały?
— Za daleko. Wszystkie jednostki w pobliżu Osaki są zaangażowane w obronę instalacji koło Muroto. Nakamura jest sam.
Oficer przy środkowym terminalu nagle krzyknął:
— Kolumna pojazdów w sektorze cztery! To chyba pojazdy korporacji Nakamura!
Na głównym ekranie pojawiły się obrazy z kamer ulicznych. Z podziemnego parkingu jednego z biurowców wyjechały cztery opancerzone pojazdy.
— Co to za budynek? — zapytał premier. — Nakamura tam mieszka? Nie w Osaka 21?
Minister spraw wewnętrznych pokręcił głową.
— Tunele pod Osaką łączą wiele budynków. Nie wiemy, skąd wyjechali.
W oczach premiera pojawiło się rozczarowanie, jakby ktoś odebrał mu długo wyczekiwany prezent.
— Napastnicy się podzielili — zauważył Pan X.
— Potwierdzam — dodał operator satelity. — Większość atakuje Osaka 21, ale sześć motocykli ściga konwój.
Wszyscy skupili się na obrazie z kamer ulicznych. Kolumna Nakamury pędziła po poziomie zero, a za nią motocykle amerykańskich specjalsów. Nagle błysk — eksplozja — dwa pierwsze motocykle wyleciały w powietrze.
Operator natychmiast przełączył obraz.
Na chodniku technicznym, ponad poziomem zero, stał mężczyzna z granatnikiem RPG. Czarny strój, czarne okulary, czapka z daszkiem. Wyglądał jak ktoś, kto wyszedł po kawę, a nie zestrzelił właśnie dwóch komandosów.
Spokojnie przewiesił granatnik przez ramię i odszedł w stronę najbliższego budynku.
Po chwili kolejne eksplozje wypełniły ekran. Motocykle zostały unicestwione jeden po drugim.
W bunkrze nikt nie oddychał.
— Co to jest?! — wrzasnął premier. — Kim oni są?! Gdzie jest Nakamura?! Co się dzieje?! On miał zginąć! Wszyscy mieli zginąć! Co to ma być?!
Nikt nie odpowiedział.
ROZDZIAŁ DRUGI — UPADŁY PREMIER
Minister spraw wewnętrznych powoli wstał. Wskazał ręką na róg ekranu, gdzie pulsował czerwony napis ON AIR.
Podszedł do premiera.
— Panie premierze — powiedział wyraźnie, tak aby wszyscy za szybą słyszeli każde słowo — oskarżam pana o spisek z USA i koloniami marsjańskimi w celu zabicia obywatela Japonii, Artura Nakamury.
Abe wpatrywał się w ekrany, jakby nie słyszał. Bełkotał coś pod nosem.
— Gdzie on jest… czemu on jeszcze żyje…
Minister obrony kiwnął głową w stronę strażników. Dwóch żołnierzy podeszło do premiera i stanęło po jego bokach.
Pan X ruszył powoli w ich stronę.
— X… co się dzieje… — Abe zaczął się miotać. — Masz obowiązek mnie chronić! Aresztuj ich! To zdrajcy! Albo zabij! Zabij ich wszystkich!
X spojrzał na kajdanki przypięte do pasa jednego ze strażników.
— Jak masz na imię, żołnierzu?
— Shigeru, proszę pana — odpowiedział młody strażnik, wyraźnie zdezorientowany.
X skinął głową.
— Shigeru… zapamiętaj to na całe życie. Nigdy nie ufaj ludziom, którzy nie znają twojego imienia.
Wziął kajdanki i sam zapiął je na nadgarstkach premiera.
Metaliczny zgrzyt bransoletek przeciął powietrze jak wyrok.
Dopiero wtedy Abe zrozumiał. Zrozumiał napis „ON AIR”. Zrozumiał świadków za szybą. Zrozumiał własne słowa, które przed chwilą wypowiedział.
Strażnicy zaczęli go wyprowadzać.
Minister obrony spojrzał na Pana X.
— Znam twoje imię, Sakutaro.
X uśmiechnął się lekko.
— A ja twoje.
EPILOG — RODZINA
Zielony taras na dachu rewitalizowanego Starego Tokio pachniał świeżą ziemią i wilgotnymi liśćmi. Miasto pod nimi wciąż było pełne blizn, ale tutaj, na wysokości kilkunastu pięter, panował spokój. Artur, Misaki i Yumi stali przy balustradzie, wpatrując się w oświetlone okna budynku po drugiej stronie ulicy.
Tam mieszkał Ren — mały geniusz, który w ciągu kilku tygodni odmienił losy Japonii bardziej niż większość dorosłych przez całe życie.
Za ich plecami cicho otworzyły się drzwi prowadzące na taras. Wyszła grupa osób: Pan X, minister obrony oraz Hanako, szefowa NetGuard. Nie było w nich już napięcia ostatnich dni — tylko zmęczenie i ulga.
Misaki odwróciła się pierwsza. Bez wahania wyciągnęła rękę do X, jakby witała dawno niewidzianego członka rodziny.
— Pilnujcie go — powiedziała, wskazując na budynek Rena. — On nie jest tylko genialnym dzieckiem. Jeśli poprowadzimy go mądrze… może osiągnąć więcej niż my wszyscy razem.
Hanako podeszła do Artura i, ku jego zaskoczeniu, przytuliła się do niego lekko, jakby wreszcie mogła zdjąć zbroję, którą nosiła od lat.
— Mogę już przestać udawać, że z tobą rywalizuję? — mruknęła.
— Nie — odpowiedział Sakutaro, zanim Artur zdążył otworzyć usta. — Nic się nie zmieniło, Hanako. Mamy wciąż ten sam cel. Chronić Artura.
Minister obrony roześmiał się szeroko, aż echo odbiło się od szklanych ścian.
— Skoro już tak stoimy… powinniśmy mieć jakąś nazwę. Może… „Sekretna Armia”?
Yumi parsknęła śmiechem.
— Nie, nie, to przesada. Brzmi jak tania manga. Ale… — spojrzała na nich wszystkich, jakby chciała objąć ich jednym gestem — my już mamy nazwę.
Wszyscy spojrzeli na nią pytająco.
Yumi uśmiechnęła się ciepło.
— Rodzina. Tak to się zazwyczaj nazywa. Po prostu… Rodzina.
Na tarasie zapadła cisza, ale była to cisza dobra, miękka, pełna znaczeń. Artur spojrzał na twarze ludzi, którzy jeszcze niedawno byli tylko współpracownikami, rywalami, czasem wrogami. Teraz stali obok niego jak najbliżsi.
W dole, w oknie swojego mieszkania, Ren zapalił światło. Mała sylwetka przesunęła się za zasłoną.
Misaki westchnęła.
— Jutro zacznie się nowy rozdział — powiedziała cicho.
— Tak — odparł Artur. — Ale dziś… dziś możemy być po prostu razem.
I przez krótką chwilę, na zielonym tarasie Starego Tokio, świat naprawdę wydawał się spokojny.