ROZDZIAŁ — „Sieć”
Omura nigdy nie był człowiekiem, który siedzi z założonymi rękami.
Oddawał wszystko, co miał — ale nie robił tego bez planu.
Od pierwszego dnia, gdy przeniósł się z luksusowego apartamentu na poziomie siudmym do rozpadającej się rudery na poziomie zero, zaczął działać metodycznie.
To, co Yumi i Artur zobaczyli w jego finansach, było jedynie cieniem prawdziwej skali.
Bo Omura nie wspierał garstki dzieci z sąsiedztwa.
On zbudował sieć.
Zielone Ogrody
Jako szef rejonu południowego miał obowiązek rozwijać i nadzorować projekty zielonych ogrodów. W dużych aglomeracjach to mieszkańcy i właściciele budynków dbali o uprawy w zamian za darmową energię elektryczną.
Ale na południu… nie było komu tego robić.
Więc Omura zrobił coś, czego nikt przed nim nie próbował.
Założył ogrody na pasach technicznych, w ciągach serwisowych, na zapomnianych platformach między poziomami.
A potem zatrudnił ludzi z poziomu zero — dziesiątki, a potem setki .
Warunek był jeden:
opieka nad bezdomnymi dziećmi.
Tak powstała sieć, która w ciągu kilku lat objęła kilka set rodzin.
Tysiące dzieci, wcześniej niewidzialnych dla systemu, dostały dach nad głową, wróciły do szkoły, zaczęły istnieć.
To była rewolucja, o której centrala nie miała pojęcia.
Troje pierwszych
Omura zatrzymał się przed białym domem wciśniętym pod kompleks biurowy.
Tu mieszkali trojaczki Suzuki — jego pierwsi podopieczni.
Gdy znalazł ich lata temu, spali w ruinie obok jego domu.
Mieli trzynaście lat.
Matka zmarła wcześniej, a ojca zabrała kolejna pandemia.
A jednak chłopcy przetrwali.
Dwóch pracowało w magazynach, sprzątając po nocach, by trzeci mógł chodzić do szkoły.
Ten, który chodził do szkoły, uczył pozostałych wszystkiego, czego sam się dowiedział.
W wieku osiemnastu lat wszyscy trzej zaczęli pracę w zielonych ogrodach.
Adoptowali dziewięcioro dzieci.
Nigdy nie opuścili poziomu zero.
To był ich wybór.
Tu nie ścigały ich rachunki.
Tu mogli poświęcić wszystko innym.
Wiadomość
Omura uniósł rękę, by zapukać, ale drzwi otworzyły się z hukiem.
Wypadła z nich siedmioletnia dziewczynka i wpadła prosto na niego.
— Omura! — krzyknęła, wtulając się w jego nogi.
— Czemu nie jesteś w szkole? — zapytał surowo.
— Przecież dziś sobota… — odparła zdziwiona.
Omura roześmiał się, przypominając sobie, że ma rację.
Wtedy zza rogu wyszedł Daichi, jeden z trojaczków — teraz dwudziestoletni, wysoki, pewny siebie, z twarzą człowieka, który widział więcej, niż powinien.
— Dobrze, że jesteś — powiedział. — Mamy trochę dobrych wieści.
— Świetne wieści to ja mam dla was — odparł Omura.
Daichi zamilkł.
Nigdy nie widział go w takim stanie.
— Pamiętasz nasze marzenia o wykupieniu pomieszczeń na poziomie dwa albo trzy? — zapytał Omura.
Daichi uśmiechnął się szeroko.
— Jasne, że pamiętam. Nadal marzę, że kiedyś…
— Właśnie się stało — przerwał mu Omura. — A nawet więcej.
Podał mu tablet.
— Mam nakaz wykorzystania wszystkich zasobów Fundacji Nakamura, by wyciągnąć wszystkie dzieci z zerówki. Yumi Tanaka zatwierdziła wykupienie stu pomieszczeń na poziomie cztery. Będą adaptowane na mieszkania dla rodzin adopcyjnych. I ośrodki dla dzieci, które nie znajdą miejsca w rodzinach.
Daichi przełknął ślinę.
— Nie trzeba ośrodków… — powiedział łamiącym się głosem. — Mamy wystarczająco ochotników. To się samo napędza. Nasze dzieci dorastają. Połowa z nich rezygnuje z dalszej edukacji, żeby pracować w ogrodach i opiekować się młodszymi. Za miesiąc kończy się szkoła, a już mamy dziewięcioro chętnych. Szukaliśmy opuszczonych domów, ale… chyba niepotrzebnie.
Omura zamknął oczy na chwilę.
— Nie zgadzam się — powiedział stanowczo. — To nie może odbywać się kosztem ich edukacji. Zapewnimy opiekę dzienną dla dzieci, kiedy starsi będą się uczyć dalej.
Daichi pokręcił głową.
— Ale to będzie kosztowało majątek…
Omura uśmiechnął się lekko.
— Mamy majątek.
„Siła w prostocie”
Yumi siedziała pochylona nad terminalem, wczytując się w dokumenty przesłane z Hiroshimy. Jej palce przesuwały się po ekranie szybko, precyzyjnie, jakby układała w głowie kolejne warstwy planu. Tak była skupiona, że nie zauważyła, kiedy Artur wszedł do gabinetu.
— Coś ciekawego? — zapytał, widząc, że nawet nie drgnęła.
— O, jesteś — podniosła głowę dopiero po chwili. — Omura przysłał swoje plany i wyliczenia. Tak jak sądziłam… miał już wszystko zaplanowane.
Artur uniósł brew.
— Wysyłam wszystko do fundacji — dodała Yumi. — Niech jak najszybciej opracują plan dla wszystkich regionów.
— A co wymyślił? — zapytał Artur, tym razem naprawdę zaciekawiony.
Yumi uśmiechnęła się pod nosem, jak ktoś, kto właśnie odkrył coś genialnego w swojej prostocie.
— Bardzo proste. Mieszkanie i praca na poziomie co najmniej cztery w zamian za opiekę nad dziećmi z poziomu zero.
Artur parsknął krótkim śmiechem.
— Siła w prostocie.
— Dokładnie. I wiesz co? — Yumi odchyliła się na fotelu. — Koszty są ułamkiem tego, co zakładałam. Ci ludzie będą dla nas pracować, a na poziomie cztery nadal jest mnóstwo tanich pomieszczeń do adaptacji. Ograniczymy wydatki do minimum.
Artur był już w drzwiach swojego biura, kiedy zatrzymał się, jakby coś sobie przypomniał. Odwrócił się powoli.
— Dodatki do pensji za każde dziecko — powiedział. — I nadzór, czy robią to właściwie.
Yumi skinęła głową bez wahania.
— Oczywiście, Szefie.
Artur zniknął za drzwiami, a Yumi wróciła do pracy, tym razem z czymś nowym w oczach — z poczuciem, że właśnie uruchomili coś, co zmieni południe Japonii na zawsze.