Hiroshima
Firmowy pionowzlot zbliżał się do lądowiska na dachu biurowca Nakamura Corp. w Hiroshimie. Kenji Omura, prezes oddziału na południową Japonię, stał na platformie z wyraźnym niepokojem. W ciągu czterdziestu lat pracy nigdy nie zdarzyło się, by centrala przyleciała bez zapowiedzi. A już na pewno nie osobiście.
Ten sześćdziesięciopięcioletni mężczyzna nie był geniuszem w klasycznym sensie — był kimś znacznie cenniejszym. Fachowcem absolutnym. Zarządzał najbardziej rozproszoną częścią firmy z jakością, którą sam Artur określał słowami:
„Kiedy Omura przejdzie na emeryturę, będę potrzebował trzech ludzi, by go zastąpić.”
Pionowzlot wylądował miękko. Drzwi otworzyły się i wyszli z niego Artur, Yumi i Akiko.
Omura zamarł.
Artur nigdy nie podróżował z Yumi. Yumi nigdy nie podróżowała z Arturem. A już na pewno nie razem z Akiko.
To oznaczało jedno — wydarzyło się coś, o czym on nie miał pojęcia.
Zsunął się w głęboki ukłon, ale przerwał go jasny, ciepły głos Akiko:
— Panie Omura, cudownie pana widzieć. Mamy w Hiroshimie ważną sprawę. Czy zechce nam pan pomóc?
Ulga spłynęła po jego twarzy.
A więc nie chodzi o niego.
— Oczywiście… tak — wybełkotał, wciąż zaskoczony.
— Przepraszamy za nagłe odwiedziny — dodał Artur. — Sprawa nie cierpi zwłoki.
Yumi podała Omurze tablet. Zdjęcie chłopca. Mapa. Adres.
Omura spojrzał tylko raz.
— Znam to miejsce. Mieszkam niedaleko. I… chyba kojarzę tego chłopca.
Artur uniósł brwi.
— Mieszka pan na poziomie zero? Przecież ma pan firmowy apartament.
Omura westchnął.
— Panie prezesie… kilka lat temu polecił mi pan pomagać najsłabszym z poziomu zero. Nie mogę tego robić z penthouse’u na szczycie świata. Muszę mieszkać między nimi, by wiedzieć, czego naprawdę potrzebują.
Zapadła cisza.
Artur nie skomentował.
Omura wskazał drogę do windy.
Poziom Zero
Prowadził ich przez kolejne poziomy, aż dotarli do ostatniej windy — tej, która jechała w dół, tam gdzie świat kończył się cieniem.
— To już blisko — powiedział, gdy wyszli na wąską uliczkę. — Mieszkam tu, za rogiem.
Wskazał stary, zniszczony dom wciśnięty między kolumny podtrzymujące wieżowiec.
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, rozległ się krzyk:
— Omura! Omura!
Z przeciwległej strony ulicy wybiegła grupa dzieci. Brudne, bose, roześmiane. Otoczyły go jak stado małych ptaków.
— Jesteś dziś wcześniej — powiedział najstarszy, może piętnastoletni.
— Uspokójcie się — Omura przybrał stanowczy ton. — Mam gości. Szanujcie ich.
Dzieci natychmiast ucichły, zerkając nieśmiało na elegancką trójkę z wyższych poziomów.
Omura wyjął terminal i przelał chłopcu jakąś kwotę.
— Zabierz wszystkich do pani Osaki na obiad.
Akiko przytuliła drobną dziewczynkę, może siedmioletnią.
— Kim są te dzieci? — zapytała.
— Sieroty. Albo takie, których rodzice nie są w stanie utrzymać. Ta mała też pracuje, żeby mieć na jedzenie. Są poza systemem. Nie chodzą do szkoły, więc nie dostają żywności. Dla świata… nie istnieją.
Yumi przeglądała dane na terminalu. Po chwili podała go Arturowi.
Artur zmarszczył brwi.
— Serio?
— On to robi od co najmniej siedmiu lat — szepnęła Yumi.
Artur podszedł do Omury.
— Jestem zły. To drugi raz w ciągu kilkunastu godzin, kiedy ktoś mi czegoś nie mówi.
— Panie Nakamura… byłem pewien, że to znany problem. Wiem, ile firma robi dla mieszkańców. Nie miałem odwagi prosić o więcej.
Terminal Omury zapiszczał.
Wpływ środków.
Kenji spojrzał.
Zbladł.
Uklęknął.
— Ja… ja nie rozumiem…
Akiko pomogła mu wstać.
— To twoje wynagrodzenie za ostatnie siedem lat — powiedziała Yumi. — Wszystko, co wydałeś na te dzieci. Do tego premia za nadgodziny i środki na działalność, dopóki nie opracujemy systemu.
Omura otarł oczy.
Nie potrafił mówić.
Ale Artur przypomniał:
— Mamy inny cel tej wizyty.
Omura skinął głową, odprawił dzieci i poprowadził ich w boczną uliczkę.
Spotkanie z Ai
Zatrzymał się przed rozpadającymi się drzwiami. Zapukał.
Po chwili usłyszeli szarpanie zamka.
Drzwi otworzyły się gwałtownie.
Ai aż krzyknęła, widząc cztery eleganckie sylwetki.
Za jej plecami pojawili się Ren i Midori.
— Pani Ai — zaczął Omura. — Jestem Kenji Omura, prezes oddziału Nakamura Corp. w Hiroshimie. A to moi przełożeni: pani Yumi Tanaka, Artur Nakamura i jego córka Akiko. Chcielibyśmy porozmawiać z panią i Renem.
Ai odsunęła się, wpuszczając ich do środka.
Mieszkanie było stare, zniszczone, ale czyste i zaskakująco przytulne.
— O co chodzi? — zapytała niepewnie.
Yumi wyświetliła na terminalu prace Rena.
— Odkryliśmy w sieci twórczość pani syna. Uważamy, że ma niezwykły talent.
Ai spojrzała na ścianę obwieszoną rysunkami.
— On zawsze pięknie malował…
— Nie tylko maluje — dodała Yumi. — Koduje. I to na poziomie, którego nie widuje się u dzieci.
— Matematyka na poziomie uniwersyteckim — dorzuciła Akiko, przeglądając kolejne prace.
Ren ścisnął dłoń siostry.
— To Midori mnie wszystkiego nauczyła. Ona gra na skrzypcach.
— O, ja też gram — ucieszyła się Akiko, podchodząc do starego instrumentu na komodzie. — Midori, zagrasz dla nas?
Dziewczynka spojrzała na matkę.
Ai skinęła głową.
Muzyka, choć wydobywana z podniszczonych skrzypiec, wypełniła pokój czystym, przejmującym dźwiękiem. Akiko słuchała jak zaczarowana.
— Na takim instrumencie gra tak… — wyszeptała. — Co będzie, gdy dam jej jedne z moich?
Omura, jakby przewidując dalszy bieg wydarzeń, wysłał krótką wiadomość do sekretarki:
„Przygotować apartament firmowy. Będziemy mieli gości.”
W tym samym momencie Yumi wstała.
— Dość. Pakujcie się. Jedziecie z nami na górę.
Nowy dom
Gdy drzwi firmowego apartamentu otworzyły się, Ai, Ren i Midori stanęli w salonie, trzymając się za ręce. Wyglądali, jakby bali się zrobić krok.
— Na razie to jest wasz nowy dom — powiedział Omura. — Kiedy opracujemy plan edukacji dla dzieci, dostaniecie coś stałego.
Akiko spojrzała na Rena i Midori.
Nie chciała ich zostawiać.
Ale wiedziała, że potrzebują czasu.
— Idziemy — rzuciła do pozostałych. — Panie Omura, dajmy im kilka dni. Muszą się oswoić.
